Bardzo lubię przeglądać blogi kosmetyczne. Szanuję pracę
dziewczyn, które rzetelnie opisują skarby z drogerii. Często dzięki nim
znajduję jakieś perełki, które po zakupie okazują się ulubieńcami mojej skóry. Jedyne,
czego nie pojmuję, to: po co wpisywać cały skład danego produktu? Ileż z nas
jest chemiczkami? Dla ilu te dziwne łacińskie nazwy, czy symbole coś znaczą? Dla mnie niewiele…
I zastanawiam się też zawsze ile taka blogerka kosmetyczna
musi przetestować na sobie kremów /szamponów /balsamów itp. Nie daję przykładu
lakierów do paznokci, bo tu akurat po jednorazowym użyciu można sobie wyrobić
opinię o danej firmie.
Testując krem do twarzy (szczególnie, jeśli jest do cery
problematycznej) przecież wiadomo, że nie zacznie on działać po dwóch
smarowaniach!?! To samo dotyczy balsamów do ciała czy odżywek i szamponów do
włosów – chociaż tutaj zgodzę się, że czasem jedno użycie super produktu już
może dać namacalny efekt.
Do czego zmierzam?
Do tego, że „musztarda francuska” nie jest i nie będzie
blogiem kosmetycznym (nie mam ani czasu, ani ochoty na codzienne testowanie
góry kosmetyków, żeby potem i tak nie wiedzieć który mi przyniósł super – o ile
w ogóle ;) - efekt), ale czasem pozwolę sobie wspomnieć o jakimś cudeńku, które
zrobi wiele dobrego dla naszej skóry /ciała.
I dzisiaj mam maskę do włosów z drogerii Rossmann, z serii
Alterra. Uwielbiam tę serię, bo jest tania i dobra. Nie trzeba wywalać
pieniędzy na drogie marki, Alterra daje nam porządną jakość za niską cenę.
Maska jak na zdjęciu poniżej, z wyciągiem z aloesu, granatu
i akacji. Cena ok. 9zł.
![]() |
| źródło: internet |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz